Powyższy temat już od dawna chodził mi po głowie, ale przy okazji minionych Świąt BN bardzo się mi naprzykrzył…
Szczerze… Może jestem dziwna, ale nie znoszę spotkań rodzinnych… . Od kiedy zyskałam połowę nowej rodziny (od strony męża) ta niebywała „przyjemność” spotyka mnie częściej i bardziej intensywniej. Nie będę ukrywać ja i mój mąż pochodzimy troszkę z innych światów. Choćby z tego powodu, że on wychował się na wsi, ja w mieście. Absolutnie nie mam nic do ludzi ze wsi. Nie uważam, żeby byli gorsi od tych z miasta. Ale nie można nie stwierdzić, że ludzie mieszkający tu i tam są troszkę inni pod względem zwyczajów, poglądów i itp. To jednak nie jest w tym momencie ważne.

 

Muszę przyznać, że nie pałam sympatią do rodziny męża.. Nie lubię za bardzo jego matki i rodzeństwa.. Może dlatego, że miałam z nimi parę razy jeszcze jako narzeczona, czy dziewczyna poważne spięcia, które nie były dla mnie miłe… . Niestety nie jestem siostrą miłosierdzia i nie potrafię tak łatwo zapomnieć. Choć przyznam naprawdę mam szczere intencje.

 

Jednak najbardziej wkurza mnie (napisałabym nawet mocniej…) brak taktu, próba zmiany mojego myślenia i zasad które mam, wścibstwo w sprawy które łączą tylko mnie i męża… . Czasami rozmowy z teściową kojarzą mi się z przesłuchiwaniem. Kto, gdzie, kiedy, ile, na co, po co, z kim, z czym… Szkoda, że nie świecą mi lampą po oczach… . Dziękuję Bogu, że mieszkamy 60 km od siebie, ale nawet takie jednorazowe sytuacje potrafią mi się dać we znaki.

 

Ostatnio tematem przewodnim naszych wspaniałych rozmów jest tzw. „produkcja wnucząt”. Po tym jak szwagierek doczekał się pierworodnego nieustannie słyszymy  (słyszę, tylko ja??) niewybredne komentarze. Zaczęło się, gdy szwagierka zaszła w ciążę. Jeszcze to się dało znieść, ale teraz podczas ostatniej wizyty rodzinka męża dała swój popis. Nie dość, że spotkanie było mało komfortowe ( zeszła się prawie cała rodzina, było ciasno i gorąco jak w piekle a  większość przybyłych lustrowała mnie siedząc mi prawie na plecach) to pytania jakie padały były dość krępujące, czy wręcz żenujące. Siedzę, jem (bo cóż innego miałam robić ) nagle jedna z ciotuń męża palnęła: ” nooo to teraz mama czeka na drugiego wnuka”, no nie pomyślałam zaczyna się… . Jako, że milczenie jest złotem udałam, że nie słyszę. Jednak po chwili czuję po plecach kłujący ból… to palce teściowej, która zamaszyście szturcha mnie po plecach palcem na tyle mocno, że pochylam się prawie nad talerzem i słyszę ironiczny głosik mamusi: ” słyszysz Marta, słyszysz???kiedy będzie wnuk??/Wszyscy w śmiech. Mi niestety nie było do śmiechu. Wybuchłam… No ok. Koniec na razie.

 

Ktoś może powiedzieć, że nie znam się na żartach. Jednak dla mnie jest to temat dość wrażliwy… .

 

Ja, mąż, moja rodzina, przecież nawet rodzina męża wiedzą w jakiej jesteśmy sytuacji… , że może faktycznie byśmy chcieli mieć dziecko, ale najzwyczajniej sytuacja na to nie pozwala??? Czy w ich główkach nie zaiskrzyła taka myśl, że to do cholery może być dla kogoś przykre?? Przecież dziecko to nie zabawka, gadżet do domu… Przecież to decyzja na calutkie życie. Czyżby dorośli ludzie tego nie wiedzieli?? Zero taktu, powagi… .

 

Obiecałam sobie, że jak doczekam Wielkanocy to będę jak głaz, głucha i ślepa na docinki. Bo cóż racjonalne argumenty nie docierają.

 

Nie jestem wroną- nie muszę krakać tak jak oni… .