Czyli jak Pani Magister idzie do pracy…

 

 

 

Jako nastolatka myślałam, że człowiek posiadający tytuł naukowy magistra to ktoś, kto na pewno wie dużo, to ktoś, kto ma w społeczeństwie poważanie, ale przede wszystkim dobrą pracę i co za tym idzie kasę.
Niestety moje myślenie prysło tak szybko niczym bańka mydlana, gdy sama doświadczyłam owej „przyjemności”.
Wybierając swój kierunek studiów wiedziałam z góry, że nie jest on moim wymarzonym. Wybrałam studia dzienne, bo na zaoczne nie miałam pieniędzy. Pochodzę z biednej rodziny, gdzie czasami zdarzyło się nie mieć pieniędzy na życie. Oczywiście, że ktoś może powiedzieć… mogłaś pójść do pracy i iść na inne studia. No pewnie może ma rację. Ale jeszcze wtedy byłam zastraszonym dzieciakiem, który nie wierzył we własne możliwości, wiedzę, szczęście. Może to śmieszne, ale obawiałam się, że na innych studiach nie poradziłabym sobie, bo wierzyłam w stereotyp, że na studia idzie wybitnie mądra i inteligentna, elitarna młodzież (to myślenie też się bardzo szybko zmieniło, ale o tym może innym razem).
Tak więc dostałam się na studia dzienne. Wiedziałam, że po kierunku jaki wybrałam czeka mnie pewne bezrobocie. Jednak nie przejmowałam się tym jeszcze… . Cóż przebrnęłam przez niełatwy okres 5-letnich studiów i zostałam… „panią magister”. Nie ukrywam, że mimo wszystko miałam jakieś tam nadzieje, że jednak znajdę szybciej jakąś pracę niż osoba, która nie ukończyła studiów. Jakże wielkie było moje rozczarowanie, gdy na pierwszej rozmowie kwalifikacyjnej okazało się coś całkiem innego, a osób takich jak ja ( i pewnie lepszych) jest naprawdę wiele.
Tak chodziłam, chodziłam od drzwi do drzwi. Naprawdę zależało mi na pracy. Na rozmowach zdarzało mi się być nawet dwa razy w tygodniu. Ale zawsze kończyły się tak samo… „będziemy się z Panią kontaktować„, ” będziemy dzwonić” . Kto tego nie zna? Szukałam, szukałam… Aż znalazłam. Los się do mnie uśmiechnął ( a może chciał mi utrzeć nosa??) i trafiłam do dużego sklepu ze sprzętem agd-rtv i zostałam sprzedawcą.
Przyznam, że nie wiem co mnie skusiło,aby podjąć tą pracę… . Chyba to, że chciałam poznać smak własnych zarobionych pieniędzy. Niestety nic za darmo. I nie łatwo. Praca w jednej z dużych i znanych sieci sklepów okazała się moim koszmarem. Zaznaczam od razu, że nie jestem leniem, paniusią, która boi się, że połamie sobie pazurki czy takie tam, ale zaledwie 3 miesiące pracy tam dały mi się we znaki. Dużo mogłabym tak wyliczać co tam każdemu pracującemu przeszkadzało. Bezsensowne szkolenia, włóczęga po hotelach i czekanie miesiącami na zwrot pieniędzy za owe wyjazdy, traktowanie jak maszynkę do zarabiania pieniędzy i śmiecia przez sfrustrowane kierownictwo. To tylko jedne z przyjemności jakie mnie spotkały. Najgorsze jest to, że człowiek harował jak głupi osioł,a za to dostawał jeszcze op****ol i był oszukiwany i ograbiany z wypracowanych pieniędzy. Nie użalam się, ale zrozumie mnie tylko ten kto miał/ma przyjemność pracować w sieciówce (odzież, przemysł, jedzenie). Każdy wie, że tam nie pracuje się dla przyjemności. No chyba, że ktoś jest masochistą i lubi upokarzanie… . Jednak najbardziej w pamięci utkwiły mi niektóre sytuacje z klientami. Najgorsi byli Ci, którzy byli z tych wyższych sfer. Wielcy lekarze, urzędnicy itp. … . Chamy takie potrafiły upokarzać i sugerować, że ktoś jest zerem, bo się nie uczył, więc dlatego tu pracuje. I teraz powinien mu tutaj usługiwać.
Pozwolę sobie przytoczyć takie jedno spotkanie z panem, który twierdził, że jest lekarzem… . Owy pan pytał o elektryczne tarki do pedicure. Ja zawsze mimo wszystko starałam się podchodzić do klienta profesjonalnie i odpowiedziałam grzecznie: „nie, niestety nie mamy takich„. Pan na to: „wie Pani potrzebuję takie coś do zdzierania skóry z pięt, no takie coś mają w salonach kosmetycznych„, ja : ” tak, tak, wiem, reklamują nawet takie w telewizji„. Facet patrzy na mnie z przymrużeniem oka ( jak na kogoś co za przeproszeniem g**no wie). Mówi: „no taka frezarka do pięt…, nie będę non stop chodził do kosmetyczki i płacił za wizytę jak sam mogę to zrobić…Ale pewnie Pani nie chodzi do kosmetyczki, bo Panią nie stać… – bo tu Pani pracuje„-mruczał pod nosem. Normalnie mnie zatkało. Traktowanie człowieka z góry… . A może tak w ogóle się nie myję? Bo też mnie nie stać…Może już w ogóle taka ze mnie patologia… . Bezczelność, chamstwo,brak taktu, czy też  mówienie na „ty” to codzienność jaka spotyka sprzedawców. Stereotypy takie m. in. : że w sklepach pracują lenie i obiboki, które skończyły gimnazjum lub zawodówkę, bo nie chciało im się uczyć. Owszem zdarzają się różni ludzie, ale to nie reguła i jednak każdemu należy się szacunek i poszanowanie jego pracy!
Po 3 miesiącach pracy (CZYTAJ WYKORZYSTYWANIA) umowy mi nie przedłużyli. I w pewnym sensie odetchnęłam z ulgą. Szkoda tylko, że oszukali mnie i nie zapłacili tyle ile powinni,a o tym, że nie będę tam pracować dowiedziałam się dzień po skończeniu umowy. Szkoda nawet  tego komentować… .

Zapraszam do dzielenia się podobnymi historiami.